Blog
Na prawo od lewa
Zbigniew Kopczyński
0 obserwujących 67 notek 30506 odsłon
Zbigniew Kopczyński, 9 stycznia 2017 r.

O oświacie moje trzy grosze

857 21 1 A A A

Żywiołowe protesty nauczycielstwa i opozycji przeciw planom likwidacji gimnazjów skłoniły mnie do wrzucenia swoich spostrzeżeń do toczącej się dyskusji nad planowaną reformą i poziomem narodowej edukacji. Zaznaczam, że nie jestem pedagogiem i nie zajmuję się zawodowo oświatą. Mój kontakt z systemem edukacji był i jest pośredni, jak każdego z rodziców. Niemniej, obserwowany poziom dyskusji, a szczególnie demagogia i brak logiki przeciwników reformy skłoniły mnie do zabrania głosu.

Przewodniczący Bochniarz i wspierający go politycy straszą gwałtownym spadkiem poziomu polskiej oświaty wskutek zmian i masowych zwolnień nauczycieli. To, oczywiście, totalna bzdura. Przecież po likwidacji gimnazjów, uczniowie nie wyparują ze szkół. Po prostu, zamiast 1. klasy gimnazjum, będziemy mieli 7. klasę podstawówki i do ich uczenia potrzeba będzie dokładnie tyle samo nauczycieli. Niezbędne zwolnienia nauczycieli będą, tak jak dotychczas były, spowodowane sytuacją demograficzną.

Inną sprawą jest, że obecni dyrektorzy gimnazjów staną się nauczycielami szkół podstawowych i być może o likwidację stanowisk dyrektorskich ZNP chodzi? Niech więc uczciwie nazwie rzecz po imieniu, bowiem między utratą stanowiska a utratą pracy jest dość istotna różnica.

O ile zrozumiała jest obrona przez związek zawodowy miejsc pracy jego członków, o tyle dziwi przyjęcie takiej opcji przez polityków opozycji. Zapominają oni, albo udają, że zapominają, iż celem reformy powinno być podniesienie poziomu nauczania a nie zatrudnianie nauczycieli. Dobrze jest, jeśli oba te cele można zrealizować razem. Jednak dla ministra edukacji priorytetem musi być dobro uczniów przed dobrem nauczycieli. Tak samo jak reforma ochrony zdrowia powinna mieć na celu dobro pacjenta a nie stwarzanie wygodnych miejsc pracy lekarzom i pielęgniarkom.

Czy warto bronić gimnazjów? Otóż od czasu ich powstania do zapowiedzi likwidacji nie słyszałem o nich ani jednej pozytywnej opinii. Z opublikowanego w roku 2014 raportu Najwyższej Izby Kontroli wynikało, że fala samobójstw zaszczutych gimnazjalistów była jedynie wierzchołkiem góry lodowej tego, co działo się w gimnazjach. A tymczasem wystarczyła zapowiedź rządu Prawa i Sprawiedliwości, by dokonał się w Polsce cud wychowaczy i edukacyjny a gimnazja – w opinii ZNP et consortes – stały się fundamentem wysokiego poziomu polskiej oświaty.

Z tym wysokim poziomem, to – mówiąc delikatnie – też nieporozumienie. Wystarczy posłuchać opinii rektorów po każdej rekrutacji. Nawiasem mówiąc, rektorzy sami są winni, bo to oni, a dokładniej ich poprzednicy, wymusili na ministrze Giertychu słynną amnestię maturalną, czyli obniżenie wymagań do 30% zdobytych punktów dla zdania matury. Rektorzy bali się, że wyższa poprzeczka spowoduje brak kandydatów na studentów. A teraz często pierwszy rok studiów poświęca się na powtórkę lub wręcz nauczanie tego, co studenci powinni wynieść z liceów a strata tego roku skutecznie obniża poziom studiów i tym samym absolwentów uczelni.

O obniżeniu poziomu, a w zasadzie likwidacji, nauczania historii i przedmiotów humanistycznych napisano już wiele. Ja chcę upomnieć się o lekceważoną matematykę. Szczęśliwie przywrócono jej statut przedmiotu obowiązkowego na maturze, lecz poziom jej nauczania woła o pomstę do nieba.

By nie być gołosłownym, przytoczę przeprowadzony przeze mnie eksperyment. Otóż, poruszony krążącymi opiniami o poziomie matur, ściągnąłem sobie w maju 2015 zadania z egzaminu maturalnego na poziomie podstawowym i w gronie rodzinnym – mam na to świadków – bez używania kartki i ołówka, czyli „w rozumie”, rozwiązałem zadania dające 30% punktów a więc zdałem maturę. Zaznaczam, że nie korzystałem z tablic ani kalkulatora, z czego korzystać mogą maturzyści. Dla porządku dodam, że maturę zdawałem 40 lat wcześniej i nawet nie próbowałem wtedy rozwiązywać zadań w pamięci.

Rok później powtórzyłem zabawę i uzyskałem 66%. Czyżbym był geniuszem matematycznym? Wrodzony brak skromności nie pozwala mi zaprzeczyć, niemniej prawda jest – dla mnie – bardziej brutalna. Jest nią dramatyczny spadek poziomu nauczania. W zestawach maturalnych widziałem zadania, których – w moich czasach – nie dałby na klasówkę nauczyciel w podstawówce, by nie narazić się na zarzut zaniżania poziomu. Kto nie wierzy, niech sprawdzi.

Zaintrygowany tym rezultatem, zajrzałem do podręcznika do matematyki dla licealistów. Ku memu zdziwieniu, analiza kończyła się tam na ciągach. Nie było ani granic, ani pochodnych, o całkach nie wspomnę. Wiem, podstawa programowa to temat do długiej dyskusji a i wnioski nieoczywiste. W końcu, kto z absolwentów szkoły średniej używa całek, pochodnych i granic? Wielu swobodnie operuje decybelami i wartościami pH, nie mając zielonego pojęcia o logarytmach. W codziennym życiu zupełnie wystarczą cztery działania plus procenty i jakieś pojęcie o podstawach geometrii i  prawdopodobieństwia.

Po co więc uczyć matematyki? Celem nauczania matematyki nie powinno być, moim zdaniem, wpojenie na całe życie sposobu obliczania skomplikowanych całek czy rozwiązywania równań różniczkowych, choć taka wiedza z pewnością nie zaszkodziłaby maturzystom. Przede wszystkim chodzić powinno o nauczenie logicznego myślenia, umiejętności definiowania pojęć oraz uzasadniania wygłaszanych tez. A tego we wspomnianym podręczniku jak na lekarstwo.

Wzory podane „z powietrza”, bez pokazania, skąd się biorą; brak dowodów podawanych twierdzeń, brak definicji używanych terminów. Jedynie parę przykładów użycia podanych wzorów i tyle. Tak, żeby nauczyć się na najbliższy sprawdzian i zapomnieć.

Efekty takiej edukacji widzimy coraz częściej w życiu publicznym. Słyszymy tezy zupełnie oderwane od rzeczywistości, wygłaszane jak prawdy objawione, bez jakiejkolwiek próby ich uzasadnienia. Coraz więcej odbiorców tych treści przyjmuje je i w nie wierzy, nawet nie próbując weryfikacji, bo nie wie co to jest dowodzenie twierdzeń, nie tylko matematycznych. Często dyskutanci mijają się w dyskusji, mówiąc o różnych sprawach, bo nie potrafią zdefiniować problemu i stosować definicji.

Wniosek końcowy nasuwa się prosty. By polskie szkoły kształciły dojrzałych i samodzielnie myślących ludzi, likwidacja gimnazjów jest krokiem w dobrym kierunku, wręcz niezbędnym. Jest jednak tylko elementem koniecznych zmian. Uzupełnieniem, a raczej większą częścią reformy powinna być zmiana podstaw programowych oraz metod uczenia i oceniania, przy czym nie należy zapominać o pomijanej matematyce. Ale to nieszczególnie zajmuje polskie nauczycielstwo. Ważniejsze dla nich są posady dyrektorskie w gimnazjach.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Społeczeństwo